środa, października 21, 2015

Jestem wściekła!

A więc tak, muszę się wam wyżalić na pewien temat.
Otóż sprawa wygląda tak.
Nina od kilku dni jest chora.
W zeszłą środę po śniadaniu młoda  mi się porzygała bo miała (no i zresztą nadal ma) problemy z gryzieniem oraz przełykaniem przez to że ma zapchany nos i spuchnięte gardło i kaszel.
Zwolniłam ją z przedszkola tego dnia bo stwierdziłam że z faktem że dziecko wyjątkowo źle się czuje i na dodatek musiała zostać  umyta bo cała była w wymiotach nie będzie problemem.
Mówimy tu przecież o 2 letnim dziecku, które na polskie standardy chodzi do żłobka (tu co prawda nie ma czegoś takiego, przedszkole jest po prostu od pierwszego roku życia), jest chude, no i niestety należy do tej chorowitej części dzieci.
Na drugi dzień gdy Ninę odbierałam dostałam nieziemski opierdol za to że dziecko nie poszło do przedszkola, bo według nich, jeżeli dziecko nie ma biegunki czy też jeżeli nie wymiotowało więcej niż jeden raz w przyciągu 48 godzin nadaje się na zajęcia.
Nie ma znaczenia innymi słowy czy dziecko czuje się jak gówno i czy czasem nie pozaraża innych dzieciaków, ma przyjść i już.

Stwierdziłam ok, jak chcą, Nina nadal jest chora, gluty lecą jej na kilka centymetrów a przedszkolankom nie śpieszy się dzieciakowi wycierać nosa (wczoraj zastałam ją tak zasmarkaną że o boże, i jakby tego było mało roczniaki bawiły się butami kurtkami innych dzieci, w tym Niny, przez co piach z piaskownicy  był na wszystkim, na czapce Niny, na pluszowym kocie innego dziecka, wszędzie dosłownie był syf, a najlepsze jest to że przedszkolanka była obecna i gdy mnie zobaczyła zrobiła tylko oczy jak pięć centów.....

Szczerze mówiąc to jestem wdzięczna mojej matce że nie posłała mnie do przedszkola bo jakaś felerna wydaje się być mi ta instytucja czasami, jedyne co daje korzyść to to że Nina powoli chwyta szwedzki i bawi się z innymi dziećmi, ale szkoda tylko że dzieciak przypłaca to swoim zdrowiem, zdrowiem ewentualnie swojego brata bo i Max napewno złapie od niech to choróbsko, no i inne dzieci też będą przez nią chore.

I najlepsze jest to że tu nie chodzi o to że ja posyłam dzieciaka chorego  bo jestem egoistką i chcę żeby łapało język i się rozwijało, a inne dzieci i ich rodziców mam w pupie, taki jest po prostu rozkaz przedszkolanek, ale jeżeli choroba się jej utrzyma do przyszłego wtorku to raczej ją zwolnię z całego tygodnia bo przyda jej się odpoczynek (dwie noce pod rząd już nie spała, i je dwa posiłki nie pełne na dzień...)

Potrzebowałam się trochę wygadać, nie wiem jak inne mamy postrzegają temat chorób w przedszkolach i żłobkach.
Ja byłam wychowywana przez ojca lekarza i matkę pielęgniarkę i szczerze nie było czegoś takiego jak puszczenie mnie przeziębionej do szkoły gdy była jeszcze mała.
Gdy zaprowadzam teraz Ninę z 20 centymetrowych glutem wiszącym jej pod nosem do przedszkola i z kaszlem, wiedząc że nie dała rady śniadania zjeść i że nie spała pół nocy to  boli mnie po prostu serce że robie córce takie coś :/

Jeżeli czytają mnie jakieś mamy to jak Wy robicie gdy wasze maluchy są chore?


2 komentarze:

  1. W Polsce raczej nie zaprowadza się chorych dzieci do żłobka. Przynajmniej ja jako przedszkolanka nie zaprowadzam chorej Emi do żłobka. Ale zdarza się, że do przedszkola w którym pracuje przyprowadzane są dzieci nafaszerowane lekami, żeby nie było widać, że są chore...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Ninę w tym tygodniu całkowicie zwolniłam bo dzieciak miał już gorączkę, no i wymiotuje mi po posiłkach przez ból gardła i widać że schudła, tak więc wolę żeby doszła do siebie a nie na siłę robiła 'karierę' przedszkolną...

      Usuń